018. Zakopcowe sprawozdanie
No dobrze, wypada zdać relację.
I nie rozgadać się zanadto nad pomysłem stworzenia manifestu o tytule "Nierozważna i nieromantyczna", no bo co to ma znaczyć, że nieromantyczne kobiety muszą tylko "Ja nie lubię nikogo" Łez słuchać.
A więc wyjazd. Pociąg jechał siedem godzin. Uświerknąć można, ale i tak szybko poszło, ale i bez tego ledwie zdążyłyśmy na skoki. Było cholernie zimno i do tej pory bolą mnie palce i stopy nawet od lekkiego chłodu. Zamarznąć szło po prostu, upierdliwie i koszmarnie. Zwłaszcza, że było tak ciasno, że nawet nie było jak ciapy* zatańczyć. A zresztą jak niby cokolwiek tańczyć dzierżąc szalik w fińskich barwach, fińską i niemiecką flagę, do tego torbę?
A taksówki drogie, a busy i autobusy jeżdżą chyba jak im się żywnie podoba. Zresztą mieszkałyśmy z koleżanką i tak właściwie poza Zakopanem.
I wiecie co, moi nieistniejący czytelnicy? Więcej do opowiadania jest przy wizycie w klubie niż przy konkursie. Niemożność odczytania klasyfikacji, fakt iż nie wszystkie skoki były zapowiedziane i przez to, że komentatorzy dyskretnie dawali do zrozumienia posiadaczom flag niepolskich, że są niedopasowani i nie należą do zabawy, na pewno nie wspomagały radochy.
Dodajmy do tego koszmarny mróz i tłum. Ale drugi konkurs był bardziej udany, przyjście dwie godziny wcześniej zapewniło możliwość dopchania się do samej barierki i wymachiwania flagami. Do tej pory mnie mięśnie bolą od kręcenia tymi flagami non stop przez kilka godzin. Au.
Co dalej? Ach, bolą mnie też kości. Najbardziej piszczele i kolana, stanie na mrozie przez kilka godzin, potem ganianie po Zakopanem (głównie po Krupówkach w poszukiwaniu:
a) pubu
b) taksówki
gdy setki innych kibiców szukały tego samego) raczej nie działa na korzyść moich biednych hienich kończyn dolnych.
Zakopane ma jeden plus. Nie jest plastikowe, chociaż na wskroś turystyczne. Nie musi wszędzie wystawiać dmuchanych Mikołajów, Shreków, innych dziwnych postaci, ani wystawiać migających, świecących szyldów. Nie musi. I tak turyści to kupują.
Miła odmiana od przepełnionej cekinowatością i plastikowością Warszawy.
Ach. I koncert Kroisos. Z racji wyjątkowo dobrej informacji ze strony klubu większość ludzi nie wiedziała tak naprawdę, kiedy zaczyna się koncert i przyszła wcześniej. Ha, ha.
I zostałam trzy razy zaczepiona przez nachalne samce. Najpierw jakiś chciał, żebym go narysowała i nawet koleżankę próbował namówić, by mnie przekonała. Na szczęście chociaż w tym wypadku rasowa Waga okazała zdecydowanie i rzekła stanowcze "spadaj, nie znaczy nie."
Gorzej było z typem drugim. Wyglądało to mniej więcej tak:
- Ooo, coś rysujesz?
Hiena kiwnęła głową, nie zaszczycając faceta nawet odrobiną uwagi.
- Ooo, jak pięknie, to twoja koleżanka?
Hiena patrzy chłodno na osobnika.
- (Blablabla jakieś bzdety)
Hiena patrzy lodowato i pogardliwie na osobnika.
- Nie umiesz mówić? - pyta w końcu osobnik, najwyraźniej trochę wytrącony z rytmu hienią elokwencją.
- NIE, NIE UMIEM! - wydziera się hiena i gość się oddala. Niestety nie na długo. Po jakimś czasie wraca i znów chrzani głupoty, włącznie z pytaniem czy hiena jest z Zakopanego (tylko przyjezdny mógł spytać o coś takiego, hiena nie wygląda, nie mówi jak pani z Zakopca, trzeba być naprawdę niezłym agentem, by w ogóle coś takiego podejrzewać. Z powodu braku reakcji osobnik dopowiedział jeszcze:
- To pewnie nie moja sprawa?
- Zgadza się - odrzekło hieństwo.
- Ej, skarbie, ale czy ja ci przeszkadzam? - próbuje dalej niewinnym tonem.
- Tak, przeszkadzasz, spadaj.
I to by było na tyle. Wytrwały osobnik, hiena aż się prawie zirytowała.
Jakby hieny nie mogły zaczepiać ciekawsze osobniki. Takie jak barman na przykład. Hiena lubi barmanów, hiena sama by chciała być barmanką w alternatywnym, bohemiastym, artystycznym pubie albo klubie. Hiena nie będzie gadać dalej, bo hieni fatalny gust tym razem przeszedł samego siebie.
I lubię mojito. Dobry drink.
Dość na tym, że na koncercie Kroisos było fajnie, pewnie w znacznej mierze z powodu kadry francuskiej, która spędziła wieczór na zabawie w fanki Kroisos. Udawali też, że potrafią tańczyć pogo i w sumie źle im nie wychodziło, ino w dresikach nie wyglądali zbyt wiarygodnie.
Ale jak któryś rzucał się do sceny wrzeszcząc "Jarkko!"**, a reszta go trzymała, to było śmisznie.
Nawet się nawiązało całkiem porządne pogo. I sprzedałam Chedalowi kuksańca. A co. Pogo to pogo, brutalność i zemsta (za staranowanie) przede wszystkim.
I mam płytę. I koszulkę fanklubu Kroisos. I przywiozłam z Zakopca wódkę. Krakowską. O dwa złote tańsza niż w Warszawie.
I specjalnie dla Kroisos (bo nie mają fejsbuka) reaktywowałam mój majspejs.
Chyba powinnam się poczuć wyróżniona, że gdy odpisali mi na komentarz (pochlebny odnośnie koncertu i że mam nadzieję zobaczyć ich kiedyś jeszcze w Polsce), zaczynając od "hey you lovely".
A. Jeszcze jedno. Nie było ani Michaela Neumayera ani Martina Schmidta w Zakopcu. Trochę byłam zawiedziona, ale to w końcu Miszy strata, że zaprzepaścił tak wspaniałą okazję, by poznać swoją najinteligentniejszą, najpiękniejszą i ogólnie najwspanialszą fankę***.
Kolejne jeszcze jedno. Hiena nie miała okazji paść na kolana przed swoim Bogiem. Ale i tak niemal się poryczała, widząc jak cieszy Boga skakanie.
*
Ciapa la galeina, wersja letnia
** Głupie zdjęcie Kroisos ->
klik. Jarkko to ten z wyjątkowo dużym BMI. Drugi z prawej.
*** tak, grunt to samoocena. Uczymy się narcyzmu. Hiena i jej wewnętrzni geje się uczą narcyzmu. Tak. Narcyzm jest przyjemny.
Pokrzywa, 25.01.2010
Komentuj,
komentarzy 1.
______________________________________________________________________________
017. Zakopane welcome to.
Hiena jedzie na skoki. Bilety przysłali i wyglądają jak ulotka w stylu "wyślij sms pod numer jakiśtam i wygraj wspaniałe nagrody". I jadę też na Kroisos, tak, tak, wiem, że nikt o tym nie słyszał. Zespół sportowców, skoczków w znacznej mierze.
Hiena się nawet spakowała. Jedzie na dwa dni i jakimś cudem już zapełniła torbę podróżną. Jak to się mówi, przezorny zawsze ubezpieczony, więc hiena wzięła nawet syrop na kaszel.
A w ogóle hiena traktuje ten wyjazd jakby miała umrzeć. Uparła się, że wyjdzie z psem po raz ostatni przed wyjazdem, uparła się zobaczyć parę osób przed wyjazdem, uparła się na to i tamto, jakby nie istniało nic, jakby hiena wyjeżdżała nie do Zakopanego a w zaświaty. Zobaczyła się z koleżankami, chciała zrozumieć pewne rzeczy. I nie planuje nic na po skokach, nie rozumie, że będzie jakieś po-skokach, że na tym nie skończy się świat.
Ale mniejsza. Może hiena się skompromituje padając przed Bogiem na kolana.
Pokrzywa, 21.01.2010
Komentuj,
komentarzy 1.
______________________________________________________________________________
016. Raz na wozie raz pod wozem, ale zawsze hiena.
No cóż. Ponieważ mam dużo nauki, to może notkę wypada napisać? Hm, tak, to właściwe działanie, zaiste. Z pewnością najwłaściwsze z możliwych.
Ale hien się czuje nieco pewniej, ma w sumie nie taką złą sytuację. A przynajmniej coraz bardziej klarowną. Hiena jest tym wręcz zawiedziona, bo jak ona ma się douczyć, skoro pozwalają jej przeczołgać się jakoś do następnego semestru? Hienie się to nie podoba, hiena jest niezadowolona. Hiena bez bata się uczyć nie będzie.
No dobrze, bat pewien jest. Zły Wykładowca hienie semestru nie zaliczył. Hiena się tego spodziewała i nawet jest zadowolona z tej sytuacji. Przynajmniej ma motywację powtórzyć wszystko.
No tak. Hienie nie dogodzisz. Jakby niezaliczenia były, to by hien na niezaliczenia narzekał. Jak zaliczenia, to narzeka też. Hienie to dogodzić. No nie sposób.
I hiena zaczyna być podejrzanie dumna z ograniczonego życia towarzystkiego i właściwie nieposiadania życia emocjonalnego.
Za dużo House'a?
I hiena ma wyrzuty sumienia. Zapierdziel ostry, no hiena wie, ale... ale powinna była dawno już wziąć mysz na drugi zastrzyk. Aj. Hiena weżmie, hm. We wtorek, o. A może nawet w poniedziałek.
Na dodatek hiena zdała sobie sprawę, że jest poważnie uzależniona od karotki. Trzy litry dziennie to za dużo. Kociokwik, gdy karotki nie ma, też jest podejrzany.
To byłoby żałosne, iść na odwyk z powodu soku marchewkowego.
Pokrzywa, 15.01.2010
Komentuj,
komentarzy 1.
______________________________________________________________________________
015. Jestem Hatifnatem!
Na wstępie muszę przeprosić - jest pierwszy stycznia 2010, godzina siódma, nie spałam od mniej więcej 20 godzin, jeżeli ktoś uzna moje pół-drzemanie zeszłej nocy za sen. Więc jestem mocno wycieńczona.Więc może być nieskładnie, chociaż się staram.
Sprawa pierwsza:
Notre-Dame de Paris. Byłam. Dwa spektakle po polsku. Warto było, bo to polska wersja, obecnie jedyna, chociaż chyba lepiej by nie przygotowywali niż by przygotowali tak żałośnie.
Sala kongresowa ma fatalne nagłośnienie, przez co połowa musicalu była niezrozumiała - może i dobrze, bo tłumaczenie fatalne. Drugiej połowy nie było, bo wycięli co bardziej taneczne piosenki - a przy okazji te, bez których spektaklu laik nie zrozumie. Mogę tylko współczuć laikom.
Daleko w tyle resztę aktorów zaś zostawiła dziewczyna z Romy, grająca wcześniej Christine w
Upiorze w Operze - nieporównywalnie lepsza. Szkoła Romy, to widać. Swoją drogą Patrycja Kazadi - z całym szacunkiem - ale śpiewać nie umie, a jej głos ani wygląd nijak nie pasuje do jasnowłosej, delikatnej Fleur-de-Lys. Nawet jej nie rozjaśnili porządnie i Fleur-de-Lys, w oryginale blondyneczka, była ciemniejsza od Cyganki Esmeraldy. Ha, ha.
Już pomijając sprawę, iż bilety zdobyłam w sposób co najmniej podejrzany. Przez błogosławieństwo Sweter. Sweter zesłał mi sen, w którym Zły Wykładowca pożycza ode mnie kasę na bilety na ten musical i potem chce mi oddać.
Następnego dnia zadzwoniła koleżanka, czy poszłabym, bo ma jeden bilet, z którym nie wie, co zrobić. Hm. Moim zdaniem Sweter, przekonawszy się we śnie, żem godna, zesłał mi błogosławieństwo.
Sprawa druga: skoki narciarskie, które obecnie są w stanie przyćmić Złego Wykładowcę, choć są - w przeciwieństwie do niego - nieprzemijalne i w przyszłym semestrze także będę je widywać w telewizji.
A tak w ogóle, nadal nie przysłali mi biletów na skoki. Ani odpowiedzi na mejla z pytaniem o bilety.
I przeżyłam konflikt tragiczny. Turniej Czterech Skoczni, skaczą w parach. Neumeyer i Ahonen. A ja zdeklarowana jannistka, a mimo to lubiąca bardzo-bardzo Neumayera, musiałam wybierać. Wypadło na Boga, ale bardzo trzymałam kciuki, by Neumayer był w gronie lucky loosers. Hm. No ale i tak odwołali.
A szkoda. To uroczo wyglądało, gdy po wygraniu z rywalem, Ahonen poklepał go po plecach.
Tak czy inaczej Bóstwo skończyło konkurs na drugim miejscu, choć mi nie dane było tego widzieć, bo wówczas korzystałam z błogosławieństwa Sweter. Znaczy się byłam na musicalu.
Aczkolwiek to znaczy, że błogosławieństwo jest wykorzystane i nie mogę liczyć na taryfę ulgową. Będę musiała zasłużyć na nowe.
A teraz sprawa trzecia: sylwester. Mimo zapowiadanego ognistego romansu ("Gwiazdy mówią" zapowiadało, że poznam kogoś, z kim może połączyć mnie wieeeelki romance) - co zresztą sprawiło, że omal nie zrezygnowałam z pójścia i nie postanowiłam tego groźnego czasu przetrzymać w ukryciu - nic się nie zdarzyło. Na szczęście.
Nic poza rzeczami standardowymi, jak tekstami "nie przelecisz jej, zapomnij" o mojej osobie (ja naprawdę do tego już przywykłam), ucięciu sobie miłej pogawędki z innym fanem skoków (z brakami w wiedzy wybitnie szczegółowej jak to, czym zajmuje się Herr Neumayer i całej biografii Kojonkoskiego, a także różnych informacji o Bogu Moim Jedynym) i zorientowaniu się, że niektórzy z panów w ramach bractwa rycerskiego szarpią się z tym samym osobnikiem, z którym szarpała się moja licealna klasa.
Sylwester zaś wyszedł na plus. Dosłownie. Przyszłam z Krakowską i sokiem porzeczkowym, wyszłam z ich połową, ale też z czyjąś zapalniczką i nieotwartą butelką Soplicy - zdobycze ze sprzątania poimprezowego, ktoś musiał tę Soplicę wziąć.
A tak w ogóle, wypada wreszcie nawiązać do tytułowej sprawy czwartej, stanowiącej po części zbiorowisko innych tematów, których nie miałam gdzie wcisnąć.
Tak więc hiena doszła do wniosku (a raczej została oświecona), że jest Hatifnatem. Hatifnaty to socjopatyczne kaleki emocjonalne, odczuwają emocje, myślą i żyją tak naprawdę tylko wtedy, gdy przeżywają uderzenie pioruna. Do tego podróżują za burzami i są niebezpieczne dla tych, co codziennie w pewnych porach robią to samo.
Ach. I spieszę jeszcze zapewnić, że postanowienia noworoczne zrobię, jak będę bardziej przytomna. Przy okazji północy zapomniałam wszystkich wcześniej obmyślanych postanowień i nic nie zapisałam.
Bo na razie postanowień nie ma. Zapomniałam.
A w tłumie potencjalnie skłonnym do przeszkadzania i przy wtórze fajerwerków nieco ciężko się skupić na tym, czego się naprawdę pragnie.
Zwłaszcza w momencie, gdy pragnie się tylko usiąść w spokoju i się napić.
A poza tym mam dziką fazę na
Tagankę Wysockiego, czasami też w wykonaniu Kukiza i Domogarowa. I na Zen Cafe z ich uroczymi piosenkami po fińsku.
I co ja robię na niemieckim?
A tak w ogóle to Lill ma rację - najlepiej było pod zaborami. Rosyjski i niemiecki w szkole, a oni jeszcze narzekali.
PS. Ale to "nie przelecisz jej, zapomnij" było dobijające. Podsumowanie mojej osoby w połowie zdania.
Edycja. Ech, Matti. Matti Nykänen znów się pakuje w kłopoty. Znów żonę zaatakował.
Żal mi go.
Mam nadzieję, że Harri Olli ogarnie się i nie skończy jak on. Szkoda byłoby, by kolejny zdolny skoczek sobie życie rozwalił.
Pokrzywa, 01.01.2010
Komentuj,
komentarzy 2.
______________________________________________________________________________